czwartek, 31 maja 2012

Baśń Magdy Mil

Jest takie miejsce na świecie, do którego nikt i nic nie zagląda. Ani słońce, ani deszcz. Żaden zbłąkany wędrowiec nigdy nie dotarł do tej opuszczonej krainy, ponieważ nie odważył się przejść przez granicę wielkiej ciemności. Czarna i lepka jak smoła, a jednocześnie lekka jak mgła spowijała tajemniczą krainę broniąc dostępu przed obcymi.

Nie jeden śmiałek włożywszy głowę w ponurą maź uciekał z krzykiem, gdzie pieprz rośnie, z oczami poczarniałymi ze strachu. Wreszcie wszyscy zapomnieli o istnieniu tego miejsca, tylko babcie opowiadały wnuczkom bajkę o zaginionym kraju, gdzie nie wiadomo kto mieszka i po co mieszka…

Pewnego słonecznego dnia, gdy na niebie nie było żadnej chmurki, a ptaki śpiewały najpiękniej jak umiały, do granicy wielkiej ciemności dotarła mała dziewczynka. Dobrotka miała duże niebieskie oczy, którymi każdego dnia z zachwytem przyglądała się światu, jakby po raz pierwszy. Zdradzę wam tajemnicę, że była bardzo, bardzo wrażliwą dziewczynką. I bardzo grzeczną. Gdy szła ulicą ludzie pokazywali ją palcem i szeptali zaciekawieni „Patrz! To najgrzeczniejsza dziewczynka na świecie! Jak pięknie wygląda!”.

Rzeczywiście, Dobrotka wyglądała pięknie – jej sukienka była tak biała, jak pierwszy płatek śniegu spadający z zimowego nieba, jak pierwszy promień wschodzącego słońca, jak najczystsze prześcieradło suszące się na sznurku o poranku. Dobrotka miała swoją tajemnicę – im była grzeczniejsza, tym sukienka stawała się coraz bielsza. Każde dobre słowo, które wypowiadała sprawiało, że sukienka mieniła się niezwykłym blaskiem. Lśniła niczym otwarty skabiec. Ludzie patrzyli się na nią z zachwytem, ale zaraz potem odwracali oczy, ponieważ nie sposób było długo przyglądać się białej sukience. Czasami błyszczała tak bardzo, że z ich oczu zaczynały lecieć łzy. Jednak nie były to łzy szczęścia, tylko dziwne łzy których istnienia nikt nie potrafił wytłumaczyć.
Z tego powodu Dobrotka czuła się czasami trochę samotna i nierozumiana. Czasami myślała, że jest lepsza od innych z powodu tej najbielszej sukienki na świecie.

Dobrotka była ciekawą świata dziewczynką, więc gdy dotarła do granicy wielkiej ciemności, nie mogła powstrzymać się, żeby chociaż nie dotknąć jej palcem. Trochę bała się, że pobrudzi sukienkę, ale stanęła w bezpiecznej odległości, wyciągnęła rękę, wyprostowała palec i delikatnie dotknęła czarnej pulsującej ściany, która zdawała się nie mieć początku, ani końca. Nic się nie stało, więc podeszła bliżej, bliżej do czarnej ściany prawie dotykając ją nosem. Nagle zza tej groźnej mgły usłyszała wołanie „Halo! Śliczna dziewczynko! Przyjdź się ze mną pobawić…”.

Dobrotka otworzyła szeroko swoje piękne niebieskie oczy ze zdziwnienia. Kto ją wołał? I po co? Czyżby w tej czarnej krainie, o której słyszała od innych, ktoś mieszkał? Ściana zabulgotała jak smoła w kotle, a wołanie było słychać coraz wyraźniej: „Tutaj jestem! Po drugiej stronie, chodź, nie bój się… wystarczy, że podasz mi rękę…”. Dobrotka nieśmiało wyciągnęła dłoń i powoli włożyła ją w czarną maź. Poczuła silne szarpnięcie, krzyknęła ze strachu i wpadła wprost w ciemność. Wydawało jej się, że znajduje się w ciasnym tunelu, na którego końcu dostrzegła szarą plamę. Ruszyła przed siebie, na czworaka, z duszą na ramieniu. Wreszcie po dłuższej chwili oczom jej ukazał się dziwny świat…

 Było szaro i ponuro. Mieszkańcy tej dziwnej krainy chodzili z latarkami w dłoniach, ponieważ rzeczywiście nie docierał tu ani jeden promyk słońca. Drzewa miały czarne liście, tak samo płatki kwiatów i skrzydła motyli. Zza jednego z takich drzew wychyliła się nagle inna dziewczynka, bardzo podobna do Dobrotki, tylko że jej oczy były czarne jak węgielki, a sukienka ciemna jak najgłębsza noc. „Witaj Dobrotko, cieszę się, że przyszłaś mnie odwiedzić”. Dorotka spojrzała się najpierw na dziewczynkę, a potem na swoją sukienkę, która była cała poplamiona przez czarną maź. „Kim jesteś?! Co zrobiłaś z moją sukienką?!” krzyknęła zrozpaczona. Tamta dziewczynka tylko uśmiechała się tajemniczo…, a Dobrotka poczuła, że coś ją dziwnie ściska za gardło. Spanikowana chwyciła dłońmi za szyję. „No, co? Mowę Ci odjęło?” zapytała dziewczynka z czarnymi oczami „No wykrztuś to wreszcie! Przecież widzę, że się zezłościłaś za tę brudną sukienkę”. Dorotka zacisnęła zęby i wyksztusiła, starając się mimo wszystko, żeby jej głos zabrzmiał łagodnie: „Ja się nie złoszczę! Przenigdy! Za kogo ty mnie uważasz, jestem najgrzeczniejszą dziewczynką na świecie!”.

Czarnotka, bo tak miała na imię dziewczynka z tajemniczej krainy zmarszczyła z czoło „Ale mnie nie przeszkadza, że się złościsz. Sama był się wściekła, gdybym zabrudziła swoją sukienkę czymś białym”. „Brud nie jest biały!” odparowała Dobrotka. „A właśnie, że jest!” krzyknęła Czarnotka.
Dziewczynki zamilkły przyglądając się sobie uważnie. Na sukience Dobrotki plamy zaczęły się zlewać i już po kilku minutach cała stała się czarna jak najczarniejsza bezksiężycowa noc na świecie. „Nareszcie wyglądasz tak jak my, chodź pokażę Ci jak mieszkam” czarnooka dziewczynka wzięła za rękę niebieskooką i ruszyły ciemną drogą. Świat, który wydawał się Dobrotce na początku groźny i ponury, nie był wcale smutny.

Ludzie śmiali się słuchając wesołych historyjek, przytulali się, gdy było im smutno i zachwycali pięknym zapachem czarnych tulipanów. Ludzie tej krainy mieli bardzo ciekawą umiejętność – gdy coś im się nie podobało zaczynali mówić podniesionym głosem, a nawet krzyczeć. Czasami ktoś komuś groził zaciśniętą pięścią, a czasami ktoś groźnie marszczył czoło i zaciskał usta. Dobrotka ciekawie nastawiła ucha. Co też Ci ludzie mówią, gdy tak krzyczą i krzywią twarze? „Zezłościłeś mnie, tym razem! Przecież prosiłam, żebyś nie brał mojego roweru bez pytania!”, „Mam tego wszystkiego dosyć! Nie chce mi się z tobą dłużej rozmawiać, bo gadasz bzdury!”, „Nie podoba mi się, że mnie popchnęłaś! Jesteś głupia i cię nie lubię!”. Ojej… pomyślała Dobrotka, co oni wyprawiają? „Złoszczą się” odpowiedziała Czarnotka. „Są na siebie wściekli, bo coś im się nie udało, bo ktoś im dokuczył, bo się ze sobą nie zgadzają. Normalna sprawa, mówię Ci! Nuuuuudy! Sama złoszczę się przynajmniej kilkanaście razy dziennie, raz nawet rzuciłam ze złości lalkę na stół, aż stłukła filiżankę”. Dobrotka słuchała tego wszystkiego z niedowierzaniem. Ale zaczynało jej się tu coraz bardziej podobać.

Nawet czarny kolor sukienki przestał być taki przerażający. Przede wszystkim nie męczył oczu i nikt nie odwracał od niej wzroku, gdy przechodził obok. Wręcz przeciwnie, ludzie przyglądali się z ciekawością jej niebieskim oczom, machali na powitanie, uśmiechali się życzliwie. Tylko czasami ktoś ze złością rzucił „Po co postawiliście granicę wielkiej ciemności między nami?! Przecież nie dociera tu żaden promień słońca!”. Rzeczywiście czarna i lepka ściana bulgotała złowrogo odgradzając noc od dnia, światło od cienia. „Czy istnieje jakiś sposób, żeby zniszczyć ten czarny mur?” zapytała Dobrotka. Czarnotka wzruszyła ramionami „Jest sposób, ale nikomu do tej pory się nie udało… Granicę Wielkiej Ciemności może zniszczyć jedynie największa złość na świecie, ale taka naprawdę największa. Wiesz, nawet ja nie potrafię, aż tak bardzo się złościć…”. „A może ja spróbuję?” zapytała Dobrotka, bo żal jej było krainy bez słońca, w której mieszkali ludzie potrafiący złościć się i lubić jednocześnie.

Podeszły obydwie do czarnej ściany, która stała się nagle twarda jak skała i zimna jak lód. Wokół zebrał się tłumek gapiów o ciekawskich oczach. Ludzie rozmawiali między sobą głośno, niektórzy szeptali i wskazywali palcami na Dobrotkę, jakby nie wierząc, że chce ona podjąć się tego niezwykłego wyzwania. Nie jeden już śmiałek walił pięściami w czarny mur bezskutecznie, nie jeden desperat wjeżdżał w czarną mgłę dziwną machiną, która miała rozgonić czarne chmury. Wszystko na marne…

Nikt nie wierzył, że Dobrotce się uda. No bo jak mogłoby udać się dziewczynce w nieskazitelnie białej sukience? Jakim cudem tę małą zawsze uśmiechniętą buzię mógłby przeciąć grymas niezadowolenia? Przecież ona się nie złości! Nawet, gdy ma ku temu wszelkie powody. Gdy ktoś nazwie ją głupią robi jej się ewentualnie przykro. A gdy ktoś popchnie ją na schodach, to płacze wyłącznie z powodu rozdartych rajstop. „Nie uda Ci się!” usłyszała donośny głos Czarnotki. Wszyscy zebrani wstrzymali oddech wpatrując się w stojące naprzeciwko siebie dziewczynki. „Dziewczynki w białych sukienkach nie potrafią się złościć…”. Dobrotka odpowiedziała trochę niezadowolona: „A właśnie, że potrafię! Tutaj moja sukienka jest czarna i mogę się złościć, kiedy mam na to ochotę!”. I nagle poczuła, że jej pięści same się zaciskają, a w gardło zapycha twarda gula. Zrobiło jej się tak gorąco jak nigdy. Zacisnęła mocno oczy, a gdy je otworzyła poczuła, że po policzku zamiast łzy spływa jej mały, twardy, ostry kamyk. Policzek mocno ją zabolał. Czuła rosnącą niesprawiedliwość, że nikt w nią nie wierzy. Ktoś z tłumu krzyknął jest za delikatna, zbyt słaba, żeby zezłościć się najbardziej na świecie. Tego było już za wiele. Dobrotka poczuła najpierw kłującą złość, a potem ekslozję wściekłości. Podniosła do góry ręce i krzyknęła: „AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA
AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA
AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA
AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA
AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA
AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA
AAAAAAAAAAA!”

Ludzie usiłowali zasłonić uszy dłońmi, ale to w ogóle nie pomagało. Krzyk był tak potężny, że w jednej chwili poodpadały wszystkie płatki czarnych tulipanów. Część mieszkańców czarnej krainy uciekła w popłochu, a część padła na kolana w nadziei, że ten koszmarny dźwięk zaraz ucichnie. Zaraz potem dało się słyszeć trzeszczenie ciemnej ściany, która zaczęła pękać i kruszyć się pod naporem największej złości na świecie. Cóż to była za złość! Czarnotka oniemiała z zachwytu. Wydawało się, że za chwilę wszystko spłonie, albo zamarznie na kość. Granica Wielkiej Ciemności chwiała się w posadach, kawałek po kawałku odpadał czarny kawałek muru, najpierw najmniejszy, a potem coraz większy, aż wreszcie cały mur runął i do czarnej krainy wpadły pierwsze promienie słońca. „Udało Ci się! Udało!” krzyczała szczęśliwa

Czarnotka, której sukienka z jakiegoś powodu przestała być czarna, tylko zaczęła mienić się wszystkimi kolorami tęczy. Dobrotka upadła na zieloną trawę zmęczona, ale szczęśliwie spokojna. Poczuła w sobie wielką siłę. Za plecami usłyszała wiwatujący tłum.
Po wielkiej nocy nadszedł wielki dzień. Wszystko wróciło do równowagi. Biały kolor pomieszał się z czarnym. Ktoś zapłakał, by za chwilę wybuchnąć śmiechem. Ktoś się na kogoś zezłościł, by za chwilę przytulić go przyjaźnie. Nieskazitelnie biała sukienka Dobrotki stała się po prostu białą sukienką w czarne kropki.

Nie ma już takiego miejsca na świecie, do którego nikt nie zagląda. Ktoś tam czasami opowie historię o czarnej krainie, o Dobrotce i Czarnotce. Uśmiechnie się i zaśnie...

Autor: Magda Mil

środa, 30 maja 2012

baśń na dobranoc


Z popielnika na Wojtusia
iskiereczka mruga.
Chodź opowiem ci bajeczkę.
Bajka będzie długa. 

Opowiedzcie mi więc baśń na dobranoc, a ta, która spodoba mi się najbardziej, zostanie nagrodzona... Czekam na baśnie do piątku do 12:00. Możecie zamieszczać swoje opowieści w komentarzu pod wpisem lub w komentarzu pod linkiem do tego miejsca na FB. 

Wybujałej fantazji Wam życzę kochani i też Wam napiszę baśń na dobranoc :)

środa, 23 maja 2012

...a jutro Szczecin!

Księgareczka wyrusza w świat! No może bardziej w Polskę, ale przecież jeszcze wszystko przede mną!
Dziś w nocy pakujemy nasze książeczki, karteczki i wyruszamy. To znaczy, dziś w nocy tak już bardziej symbolicznie, bo książeczek tyle mieliśmy do spakowania, że z tydzień to zajęło... A w Szczecinie czeka nas kilka dni pełnych pracy, bo - uwaga, uwaga - otwieramy tam naszą nową i oczywiście śliczną księgarnię! Tak właśnie!

Na Placu Hołdu Pruskiego 8 - był ktoś z Was tam? Bo ja jutro będę pierwszy raz i już pełna ekscytacji nie mogę się doczekać chwili, w której zobaczę nasze nowe księgarniane dziecię.

Dziś nie napiszę więcej, bo przed wyjazdem zwykle tak jest, że nagle świat by chciał zamknąć w godzinie całą dekadę. I ja się tak właśnie dziś czuję. Wciąż gdzieś biegam, stale dopakowuję kolejną rzecz, o której przypomniało mi się, że powinnam ją ze sobą zabrać i nie myślę już o niczym innym, jak o czekającej mnie wyprawie. Jedzie nas kilkoro, więc będzie wesoło. A do tego nigdy nie byłam w Szczecinie i zdaje mi się (a jeśli ktoś ma inne doświadczenie, to niech przynajmniej przez chwilkę pozwoli mi cieszyć się tym poczuciem), że to jedno z piękniejszych miast, w jakich mogłabym pobyć choć przez moment.

Zabieram oczywiście ze sobą książki - pewnie nie będę miała za wiele czasu do czytania, ale choć stroniczkę zawsze przecież uda się gdzieś przeczytać - "Ludzie moralni" Kowalewskiego i "Trzeci brzeg Styksu" Beśki. I o tych książkach będę pisała do lipcowego Magazynu Literackiego KSIĄŻKI.

Aha, w związku z tym, że Krzysztof Beśka zgodził się odpowiedzieć na kilka moich pytań, może Wy też macie jakieś swoje pytania? Podpowiecie? Może chcecie się czegoś dowiedzieć od tego pisarza?

Oczywiście na relację z przygód szczecińskich oraz czytelniczych możecie liczyć! Póki co więc się żegnam i do przeczytania, kochani!




wtorek, 15 maja 2012

Czasem jest się chorym

... no nie do końca tak miały wyglądać "dni potargowe"... raczej liczyłam na przypływ energii i chwilę czasu, by w kilku (ponieważ jeden wpis byłby stanowczo za długi po opisaniu wszystkich moich przygód) notach opowiedzieć Wam co mnie spotkało na targach książki. A tu niebo się zachmurzyło i księgareczka zaniemogła. Piszę więc do Was z mojego łóżka, które widok mi odsłania na gołębie balkonowe i dachy pobliskich budynków i tak sobie rozmyślam, czy jestem w stanie napisać coś więcej, ponad skargę na smutny los chorobowy.

W zasadzie chorowanie nie jest takie złe, o ile wie się, że niedługo będzie znów dobrze. Ja wiem. A to już połowa sukcesu. Druga połowa to oczy, który nie łzawią. A z tym już u mnie gorzej. Po co oczy, które nie łzawią? Oczywiście, żeby czytać. Bo kiedy ma się książkę, ślepka w sam raz i tyle czasu, ile zwykle się ma podczas chorowania, to w sumie całkiem miłe może się okazać to całe zamieszanie. Niestety póki co, moje oczka nie do końca chcą ze mną współpracować.

Jest jeszcze jeden plus chorowanie. Nagle wokół pojawia się mnóstwo cudownych ludzi, którzy okazują troskę i chęć pomocy. Oferują rosołki (dziękuję:*) i zrobienie zakupów (dziękuję:*) i przyniesienie leków (dziękuję:*) i dotrzymanie towarzystwa (dziękuję:*) i wiele wiele innych cudownych rzeczy. I wtedy, tak naprawdę, wystarczy, że się tego słucha, że nagle telefon wciąż brzęczy i woła, że przyszedł kolejny pełen ciepłych, leczniczych słów SMS, a już jakoś lepiej człowiekowi. A już księgareczce to na pewno!

Przyznam, troszkę mnie zaskoczyła ta choroba, bo jeszcze wczoraj rano czułam się zupełnie dobrze, a później... z minuty na minutę siły mnie opuszczały. I tak zupełnie niespodziewanie okazało się, że o proszę... jestem chora!

Póki co więc ślę Wam pozdrowienia i życzenia dobrego zdrowia a sama może troszkę pośpię.

piątek, 11 maja 2012

Więc nastał ten dzień...

Jeszcze kilka godzin i spotkanie z tłumaczem Carlosem Marrodanem Casasem. Już drży mi serce (zwłaszcza, gdy myślę o wymówieniu publicznie i głośno tego nazwiska - to znaczy... publicznie, głośno i poprawnie).

Jakiś czas temu przeczytałam "Więźnia nieba", a wcześniej kilka innych książek przez niego przekładanych, ale wciąż jeszcze myśli raczej wirują mi w głowie niż lekko układają się w harmonię opowieści o gościu spotkania. 

A jeśli miałabym być zupełnie szczera, to muszę przyznać, że jeszcze nie uspokoiły się we mnie emocje po wtorkowym spotkaniu z Kazimierzem Orłosiem. Po przeczytaniu "Domu pod Lutnią" poczułam błogostan literacki i nagły stres związany z wystąpieniem przed czytelnikami jakoś silniej we mnie osiadł. Mimo tego wyjątkowo miło wspominam ten wieczór. Pan Kazimierz i jego żona Teresa mnie osobiście urzekli absolutnie. Kiedy wracaliśmy po herbatce w naszej Awangardzie do ich hotelu, zapytałam, czy życzą sobie pójść inną drogą, niż tą, którą doszliśmy do księgarni wcześniej. Życzyli sobie. I to był jeden z najmilszych spacerów po Olsztynie w moim życiu. Bo dziwili się z zachwytem wszystkiemu, co im pokazywałam. Patrzyli roześmianymi oczami na budynki, które pewnie dla mieszkańców Olsztyna już nie są tak fascynujące i czułam, że prawdziwą radość im sprawia bycie w naszym ślicznym mieście. 

Poza tym wciąż jeszcze słyszę w sobie, kiedy myślę o tym spotkaniu opowieść jednego z naszych klientów...

Kilka dni przed spotkaniem do naszej księgarni na parterze przyszedł mężczyzna. Niby nic nadzwyczajnego. Zdarza się przecież nie tak znów rzadko, by do księgarni przychodzili mężczyźni. Długo przeglądał książki, wybrał „Dom pod Lutnią” i podszedł do kasy – Wiktoria, jedna z nas, księżniczek, która akurat była przy kasie zerknęła na książkę i zaprosiła Pana na spotkanie z autorem – bo przecież, skoro kupuje, to mógłby być zainteresowany – a on popatrzył na nią i powiedział:
Ja pana Kazimierza znam... no, kojarzę. Mieszkaliśmy kiedyś dom w dom. Wiele lat temu. Byłem tłumaczem. Ja zwykle pracowałem w domu, normalnie, po 8 godzin. Ale pamiętam do tej pory, że kiedy się rano budziłem, u pana Kazimierza już stukała maszyna, a kiedy szedłem spać, ta sama maszyna stukała u niego jeszcze.

A teraz mamy piątek, 11 maja, poranek powoli zamienia się w południe, a południe powoli zamieni się w wieczór. I chociaż się teraz bardzo denerwuje (bo poranki przedspotkaniowe są dla mnie zawsze przeżyciem bardzo stresującym) to wiem, że bardzo się cieszę na rozmowę z Casasem i na chwilę tuż po spotkaniu, kiedy będę wiedziała, że mam już to wszystko za sobą, a ci, którzy przyjdą na spotkanie będą się uśmiechać i rozmawiać swobodnie z gościem wieczoru. Wierzcie mi, to jest stres wart tego, żebym go przeżyć.

czwartek, 10 maja 2012

Spotkania autorskie od kuchni

Już od prawie trzech lat prowadzę spotkania autorskie w naszej Kawiarni Literackiej. Miałam przyjemność prowadzić rozmowę z księdzem Adamem Bonieckim i z aktorką Izą Kuną, z Anną Maruszeczko i Hanną Cygler (nawet dwukrotnie) oraz z Aleksandrą Jakubowską, Anną Milewską, Łukaszem Gołębiewskim, Barbarą Stanisławczyk, Kazimierzem Orłosiem, Janem Grzegorczykiem i wieloma innymi.

Jest to dla mnie zaszczyt ale i ogromna odpowiedzialność. Jednak przede wszystkim przygoda. Przed każdym spotkaniem denerwuję się tak, jakby to był pierwszy raz. Bo na dobrą sprawę, choć tyle razy witałam czytelników słowami "witam Państwa bardzo serdecznie na kolejnym spotkaniu", to jednak za każdym razem jest to pierwszy raz, bo za każdym razem odkrywam świat nieznanego mi dotąd człowieka i jego książek.

Chciałabym, żebyście mieli swój udział w tej przygodzie i razem ze mną poznawali świat zza kulis naszych spotkań autorskich. Będę Wam opowiadała o tym, co mnie martwi, a czego właśnie się dowiedziałam. I czy po spotkaniu zwiedzaliśmy z autorem Olsztyn, czy może grzecznie powiedzieliśmy sobie dobranoc.

Ale uprzedzam, będę o tym wszystkim pisała ze swojego punktu widzenia, więc będą to opowieści naznaczone subiektywnym spojrzeniem księgareczki, która czasem ma okazję porozmawiać z kimś zza okładki...

Na dobry początek...

Uwielbiam książki. To raczej nie jest wyznanie zbyt oryginalne, ale za to z głębi serca. Kocham ich zapach, strukturę druku pod palcami, fakturę okładek. Nie wyobrażam sobie, że mogłoby ich nie być w moim życiu.
I kocham opowieści…

Księgarzem zostałam kilka lat temu, miałam przyjść na chwilę, tylko do pomocy przy układaniu książek, zostałam na dłużej. Bo zdaje się, że bycie księgarzem, jak powiada moja przyjaciółka, również księgareczka, to nie zawód, a stan umysłu.

W naszych księgarniach, bo tak się składa, że Książnica Polska to sieć - ale tylko brzmi tak groźnie, wierzcie mi - pracują właśnie tacy ludzie. Kiedy się z nimi rozmawia, od razu wiadomo, że to księgarze nie sprzedawcy. Ja pracuję w olsztyńskim Centrum Książki. Teraz już nie na sali sprzedażowej, a teraz prowadzę spotkania autorskie z pisarzami w naszej Kawiarni Literackiej i Filmowej i dbam o to, żeby nasi klienci mogli być z nami w kontakcie, ale wciąż jeszcze zawsze kiedy trzeba zamieniam się w zwykłą księgareczkę, którą tak naprawdę zawsze chyba już pozostanę.

Kilka lat spędziłam w Księgarni Literackiej - na parterze Centrum Książki. Przez ten czas bardzo się nasza księgarnia zmieniła. Kiedy tu przyszłam pierwszego dnia, kazano mi przynieść kubek. Wtedy już wiedziałam,  że zostaję. Później mój kubek ktoś stłukł. Dowiedziałam się wtedy, że to zwykle znaczy, że niedługo ich opuszczę. Byłam jednak sprytniejsza niż przeznaczenie... kupiłam blaszany.

A teraz chciałabym Wam opowiedzieć trochę o księgarstwie dziś, o tym, co kocham w tej pracy najbardziej, o spotkaniach autorskich i przygodach czytelniczych. Ale chciałabym, żeby choć to blog podpięty do strony naszej firmy, był i dla mnie i dla Was raczej prywatny. Niech mi będzie wolno pisać do Was szczerze.